Ja właśnie kończę przygodę z
Drakengard 3. Dzieło geniusza, które podobnie jak wcześniej Nier, zmiotło mnie jak miotła drobinki przynoszone z zewnątrz do domu. Oczywiście, pierwsze wrażenie jak najbardziej średnie. Średnia (żeby nie powiedzieć bardzo kiepska) grafika, nieco toporny system walki i lokacje, które swoją konstrukcją mogą przywodzić na myśl najbardziej liniowe gry z PlayStation 2. Sam film otwierający grę nie spodobał mi się tak bardzo jak ten z Niera (słynny monolog Kaine w stronę Weissa niszczy wszystko), ale zaintrygował mnie sporą dawką dramatyzmu. Zwróciłem również uwagę na jeden krótki dialog pomiędzy Zero, a jej smokiem, Mikhailem: „Zero…” >”Co znowu?” >”Mogę iść w krzaki? Potrzebuję zrobić siusiu”. Tak, to smok o głosie małego dziecka pyta się, czy może zrobić siusiu. Nie przygotowało mnie to jednak na to, jak wiele bardziej zabawnych scen i dialogów uświadczę później. Nie tylko pomiędzy smokiem, a główną bohaterką, ale pomiędzy nią, a jej sługusami. Ogólnie bohaterowie gry, to banda dosłownie popaprańców. Przede wszystkim mamy 6 sióstr. W założeniu każda z nich ma swojego sługusa, który nie odstępuje jej na krok i zaspokaja WSZYSTKIE potrzeby, czy ma na to ochotę, czy też nie. Każdy ze sługusów jest odzwierciedleniem największych pragnień danej Intonerki (tak o siostrach mówią ludzie, traktujący ich jak boginie), choć z pozoru może to wyglądać nieco sprzecznie. Wyjątek stanowiła siostra One, która nie wiedziała za bardzo czego chce, dlatego była sama.
https://www.youtube.com/watch?v=HPEsvwqFX-ETrochę streszczę kim są postacie z tej gry, bo reszta z tego co piszę straci trochę na sensie. Five to siostra o rządzach, których NIE SPOSÓB zaspokoić, bo jak tylko coś dostanie w swoje łapy, traci tym zainteresowanie. W sumie jest nieco stereotypowym obrazem typowej blondynki o dużym i krągłym biuście, która jest bardzo „otwarta”, głupiutka i nie wie w co się ubrać – a jeśli się ubierać, to tylko w to, co pokaże tyle ile trzeba – czyli jak najwięcej. Jej sługą jest Dito. Młody chłopak o niewinnej twarzy i bardzo… okrutnych myślach. Jest typowym sadystą, który w dużym skrócie mówiąc, dostaje erekcji, gdy słyszy agonalne krzyki swoich ofiar – powiedzmy, że są to żołnierze których zabijamy w setkach, jeśli nie tysiącach na przestrzeni całej gry. Od siebie dodam, że jest to najgorsza postać z całej gry, dlatego że wydaje mi się nieautentyczna, zbyt przesadzona i pełna elementów, które nie współgrają ze sobą najlepiej. Dalej mamy Four, która ma niezrównaną chęć niesienia dobra, sprawiedliwości. Chce, aby na świecie zapanował niczym niezmącony pokój. Seks traktuje jako dowód miłości dla tego jedynego i najlepsze w tym wszystkim jest to, że jej sługą jest masochista – Decadus, który płonie z pożądania ilekroć Four go odrzuca zniesmaczona jego dewiacją. Three to taka typowa, spaczona postać z anime, która mówi zaspanym głosem, ma zamglone oczy i zabija z niezmąconym spokojem. Co ją odróżnia jednak od tych postaci, z którymi się spotkałem to fakt, iż jest jedną z postaci w Drakengard 3. Żartuję oczywiście, chodzi o to, iż bardzo lubi bawić się lalkami. Do tego stopnia, że z czasem lalki zamieniają się w ludzi. Jej sługą jest Octa – człowiek (?) o tak potężnym popędzie seksualnym, że starzeje się w przyspieszonym tempie. Kolejna to Two – niewinna kobieta, która chce nieść pomoc wszystkiemu, co żyje. Co więcej, żyje w miłości ze swoim sługą, Centem. Cent, to czarujący idiota który zgrywa mądrale. Ilekroć chce poczęstować towarzyszy jakąś ciekawostką, wychodzi na jaw, że jest debilem. One to zdaje się najmądrzejsza i najbardziej stonowana ze wszystkich sióstr. Pewnie dlatego jest jakby ich „królową” (choć to określenie jest nieco przesadne).
Zero, nasza protagonistka to porywcza, wredna i wulgarna kobieta, która jak wspominałem wcześniej, pragnie zabić swoje siostry. Początkowo tłumaczy to tym, że chce mieć cały świat i ich moc dla siebie. Z czasem okazuje się jednak, że stoi za tym ZNACZNIE więcej. Towarzyszy jej młody smok imieniem Mikhail, który jest uosobieniem niewinności, naiwności i dziecinności. Jest głupi, często psuje plan Zero poprzez swoją nieuwagę i nienawidzi zabijania. Ciągle próbuje przekonać Zero do tego, by w końcu porozmawiała ze swoimi siostrami, zamiast je zabijać jedną po drugiej. Jeśli chodzi o mnie, zdecydowanie duet Zero i Mikhail, jest moim ulubionym. Sam fakt, że Mikhail jest zaprzeczeniem typowego smoka, dodaje mu sporo uroku. Oczarował mnie od pierwszych scen, a później niejednokrotnie sprawiał, że łapałem się za głowę na widok tego, co wygaduje i wyczynia. Jednak czym dłużej go poznawałem, tym bardziej byłem wzruszony jego losem. To postać z rodzaju tych, z których najpierw się śmiejesz, bo myślisz że ten film co oglądasz to komedia, a na końcu się okazuje, że to jednak dramat. Płaczesz jak koń i zasmarkany pytasz się babci: „ale jak to? Przecież to było śmieszne?!”. Oczywiście, po zabiciu każdej z sióstr jej sługa trafia do Zero. Dochodzi więc do wielu ciekawych dialogów, kiedy to Mikhail stara się pojąć o czym gada masochista z sadystą i dlaczego jemu nie dane jest pobawić się z nimi w nocy, kiedy to Zero tak krzyczy. Te wszystkie dialogi to mistrzostwo świata.
Fabuła Drakengard 3 jest skonstruowana w ten sposób, że „zwykłe” zabijanie sióstr zamienia się w historię jedyną w swoim rodzaju (nie wspominając o tym, że jest taka od początku) i zostawia odbiorcę (w tym przypadku mnie) leżącego we własnych wymiocinach, łzach i ślinie na podłodze pokoju, w którym tę historię poznawał. Kiedyś coś podobnego czułem, gdy stopniowo odkrywałem całą historię Patriotów z Metal Gear Solid, ale to co dostarczył mi Drakengard wraz z Nier, no to… BRAK MI SŁÓW. Nic mnie jeszcze tak nie zniszczyło. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że bez dogłębnej analizy wielu elementów gier z całej serii, całe tło fabularne jest niepojęte. Dlatego przede mną jeszcze wiele czytania oraz niejedno przejście tej gry, podobnie jak Drakengard na PS2 i Nier na PS3. Z tego co tutaj napisałem, może wynikać, że Drakengard 3 może zaoferować nam jedynie niesamowitą historię. Otóż nie.
Jest to naprawdę bardzo grywalna gra, która niemiłosiernie wciąga. Wiadomo, głównym czynnikiem, który pcha nas do przodu jest fabuła, ale ostatecznie, gdy gra się trochę rozkręci, masakrowanie kolejnych żołnierzy jest bardzo przyjemne. Dostajemy nowe bronie, ulepszamy je i podziwiamy jak postać Zero ubrana w biały strój, jest coraz bardziej czerwona od krwi zabitych przeciwników. Gdyby gra była bardziej dopracowana technicznie, byłby to twór idealny. Nie powiedziałbym jednak, że jest to poziom jakiegoś niegrywanego crapa, brzydkiego jak… kupa. Gra może się spodobać, nawet graficznie. Fakt, dużo ma z tym wspólnego design gry, bo lokacje naprawdę fajnie wyglądają. Na plus również ich zróżnicowanie. Trafiamy do gór przykrytych grubą warstwą śniegu, magicznego lasu z trollami (które zjadają jakieś coś w workach – pewnie ludzkie mienso), na pustynię, czy ruin współczesnego miasta.
Bardzo fajnie lata się na smoku, ale wydaje mi się że jest tego mniej niż w pierwszej części. Trochę szkoda. Ulepszanie broni również wygląda nieco inaczej. Tutaj potrzebujemy złota oraz odpowiedniego surowca. W „jedynce” ulepszało się je poprzez zabicie nimi określonej ilości przeciwników – zabijaliśmy 100 i jej poziom wzrastał o jeden stopień. To rozwiązanie jest zdecydowanie lepsze, bo nie każdą bronią walczy się tak fajnie, niestety. Niektóre są bardzo ciężkie i zanim zadamy cios, oberwiemy sami. Inne są bardzo lekkie, ale jednocześnie zadają malutko obrażeń. Oczywiście, dla każdego coś miłego. Trzeba tylko to znaleźć. No i nie zapominajmy o muzyce, która stoi na NAJWYŻSZYM poziomie. Słuchamy przepięknych wokali i kompozycji będących mieszanką wielu gatunków, począwszy od symfonii, a kończąc na gitarowych czy elektronicznych (dubstep, ambient) brzmieniach. Są utwory melancholijne, nieco szybsze, brzmiące podczas walk, czy absolutnie mroczne i psychodeliczne. Prawdziwe arcydzieło, ale bardziej do gustu przypadła mi ta z Nier. Poniżej naprawdę przecudny utwór, któremu warto poświęcić te 8 minut (albo prawie).
https://www.youtube.com/watch?v=hGbja6xxM2wNa koniec dodam, że Taro Yoko dosłownie zniszczył mnie ostatnim pojedynkiem, po którym poznajemy to prawdziwe zakończenie. Zakończeń jest cztery: A, B, C i D. Kolejne odkrywa przed nami nieco alternatywną wersję wydarzeń, ale to z D jest najbliższe temu co można rozumieć poprzez zakończenie tej opowieści. Mam jednak wrażenie, że Taro Yoko to jakiś szaleniec, który stwierdził że prawdziwe zakończenie należy się tylko wybrańcom, lub… muzykom. Otóż, ostatnia walka to gra rytmiczna. Przejmując stery nad smokiem, musimy bronić się przed morderczym śpiewem istoty z którą walczymy. Widzimy więc kiedy fala śpiewu dociera do naszego smoka i w odpowiednim momencie musimy ją odbić poprzez naciśnięcie DOWOLNEGO przycisku. Wszystko na początku wydaje się proste, jednak później dochodzi do tego, że kamera nie pokazuje nam tych fal i musimy polegać na swoim słuchu. Jako człowiek, który jedynie słucha muzyki i nie ma tak dobrego słuchu, miałem spory problem. To jednak nie wszystko. Na koniec tej „walki” ekran ciemnieje i jedyne co słyszymy to dialog Zero i Mikhaila. Okazuje się jednak, że podczas tego dialogu istota atakuje nas ostatnią dawką swego śpiewu. Ani tego nie słychać, ani nie widać, trzeba więc obronić się przed nią całkowicie na ślepo. Oczywiście wymiękłem i skorzystałem z nieco oszukańczej metody, ale i tak miałem spory problem. Cała walka trwa 8 minut, a jedna pomyłka jest równa przegranej. Może to być problem, bo do odbijania jest potem sporo i nawet jeśli za słabo naciśniemy przycisk, możemy przegrać. Tak, Taro Yoko to szaleniec, który z pewnością nienawidzi graczy. Ogólnie coś takiego pojawiło się w pierwszej części. Czytałem ostatnio jedną opinię, że podobno Taro dał komuś w to zagrać. Śmiał się w niebogłosy gdy ta osoba się frustrowała i przeklinała cały świat, ale ostatecznie po kilku próbach pełnych frustracji, podołała. Reżyser nie był zbyt z tego zadowolony, mina mu zrzedła, śmiech zamarł na wrednej twarzy, po czym doszedł do wniosku że to jednak było zbyt proste – a pamiętajmy, że ta walka z pierwszego Drakengard wywołała sporo kontrowersji poprzez przyprawienie wielu graczy o nieskończoną frustrację. Dlatego na rzecz D3 postanowił uczynić to JESZCZE trudniejszym. W zasadzie dla wielu niemożliwym do przejścia, do poznania prawdziwego zakończenia. Nieskończenie wielka pogarda aż wylewa się z tego wszystkiego. Może to przez to, że jego gry zna tak niewielu graczy? Nienawidzi tych wszystkich casuali, którzy decydują że sprzedaje się ścierwo o którym przecież czytamy codziennie WSZĘDZIE, a o ile się nie mylę, on nie ma zbyt dużych szans na stworzenie kolejnej gry. Haha. Ekhm.
Wracając do samego grania, zostało mi jeszcze poznanie reszty DLC (czyli wbicie maksymalnego, 10 poziomu doświadczenia dla każdej z sióstr i poznanie ich backstory). Na podsumowanie napiszę tylko (może się powtórzę), że D3 to gra GENIALNA. Nie mogę pojąć, że coś takiego jest zapomniane i doświadczy tego tak niewielu. Z drugiej jednak strony, wszyscy wiemy co to oznacza.