U mnie pękło ostatnimi czasy trochę gier. Na początek choćby
American McGee's Alice HD. Gra jest długa i dość wymagająca. Przechodziłem na normalnym poziomie trudności i szczególnie trudny był początek, z uwagi na to że do dyspozycji miałem tylko nóż, którym mogłem atakować na krótkie dystanse, bądź rzucać (z tym że po każdym rzucie musiałem jakiś czas odczekać, aby móc zaatakować ponownie – czasem sprawiało to poważny problem). Kolejna rzecz, która wpływała w jakimś stopniu na trudność, to sterowanie które na padzie nie funkcjonowało za dobrze. Przez to ciężko przeskakiwało się z platformy na platformę (a jest takich momentów bardzo dużo), czy walczyło się w ruchu. Na szczęście dość szybko znalazłem lepsze uzbrojenie i dodatkowo odkryłem, że można w dowolnym momencie zapisywać grę. Nie jest to tak wygodne jak na platformie, na której quicksave'y są normą, ale bardzo pomogło (na PS3 trzeba wejść w menu Save/Load i tam wczytać lub zapisać – z uwagi że jest to tak skonstruowane zdarzyło mi się wczytać zamiast zapisać, albo zapisać na sekundę przed śmiercią). Cała gra ogólnie wygląda trochę jak platformówka, ale znów nie ma tutaj typowego dla gatunku zbieractwa. Walczymy z przeciwnikami, skaczemy na przepaściami, bądź lawą i przemy przed siebie do epilogu. Powieści Lewisa Carrolla JESZCZE nie czytałem, ale fabuła to jak wiadomo alternatywna wersja wydarzeń z tego klasyka, w tym przypadku mocno depresyjna, makabryczna i z wieloma podtekstami różnego rodzaju. Kraina Dziwów w której lądujemy to wyobrażone przez Alicję miejsce i w związku z tym, iż bohaterka obwinia się o śmierć rodziców, ma depresję i ogólnie jej umysł jest w strzępach, lokacje które zwiedzamy można momentami przypisać do tego czego uświadczymy w Silent Hill (PS One). Jedna z lokacji, w której ściany pokryte są jelitami, przypomniała mi że zacząłem też przecież czytać
Saya no Uta. Ogólnie dzieje się sporo brutalnych rzeczy – trafiamy choćby do trawionej wojną krainy pionków gdzie czerwone okrutnie zabijają białe (jest też scena ścięcia głowy). Swoją drogą, podobał mi się moment w którym Alicja zamieniała się w taki pionek. Naszym zadaniem było poruszanie się po szachownicy tak, jakbyśmy to robili grając w szachy – z tą różnicą, że tutaj na chorą dziewczynę czyhały śmiertelne przeszkody. Poza fabułą zdecydowanie warto docenić genialną ścieżkę dźwiękową. Skomponował ją Chris Vrenna (ja tego człowieka kojarzę ze współpracy z Marilynem Mansonem) toteż mamy tutaj dużo naprawdę mrocznych melodyjek. Ogólnie przewija się sporo „kołysankowych” motywów polanych mrocznym i ciężkim industrialem albo ambientem. Naprawdę świetnie to wszystko brzmi i są to utwory które bronią się same w sobie i bez żadnych „obawień” można słuchać ich również dla przyjemności. Wielu osobom gra może się dzisiaj nie spodobać, z uwagi właśnie na toporność i przestarzałą grafikę, no ale znów produkcja mocno nadrabia klimatem i fabułą. Wersja na PS3 jest nieco niedopracowana technicznie, również jeśli chodzi o wszelkie spadki animacji, ale nie jest to nic bardzo uciążliwego. Dlatego każdy fan czegoś w rodzaju horroru i rzeczy temu podobnych powinien zagrać. Mnie gra lekko zmęczyła, ale nie przeszkodziło mi to w natychmiastowym wzięciu się za kolejną część, czyli
Alice: Madness Returns.
Druga część była jeszcze dłuższa niż poprzednik, ale zdecydowanie łatwiejsza. Nie sprawdzałem jak gra sobie radziła w fazach produkcji, ale z tego co wiem było sporo problemów z pieniędzmi – dlatego zabrakło choćby walk z bossami w każdej z krain poza ostatnią. Jest też sporo ugrzecznień, wszelkiej cenzury i to trochę widać. Niemniej, cały artyzm jakim cechuje się gra stoi na najwyższym poziomie. Przemierzamy wiele wspaniale wyglądających miejsc zarówno jeśli chodzi o świat wyobrażony jak i ten rzeczywisty – czyli Londyn, w którym Alicja żyje i się „leczy”. Epizody w mieście są krótkie i polegają po prostu na dojściu do jakiegoś miejsca, ale to jak miasteczko wygląda to czysta poezja. Wszędzie panuje brud, syf, patologia i szarość. Na ulicy spotykamy brudne, karykaturalne dzieci i mieszkańców dorosłych. Trafiamy też na różne sytuacje – choćby widok kiedy to funkcjonariusze okładają ciosami jakiegoś pijaczka, czy kogoś w tym rodzaju. Najbardziej urzekło mnie miasteczko w deszczu, naprawdę ślicznie to wyglądało – szkoda tylko że tak krótko, bo dojście do celu zajęło zaledwie trzy minuty. Jeśli chodzi o Krainę Czarów to najpiękniejszą lokacją jest Podniebne Karciane Królestwo. W odróżnieniu od reszty miejsc tutaj świeci słońce, niebo jest błękitne a pod nami rozpościerają się przepiękne widoczki. Większość innych lokacji to coś, co mogliśmy zwiedzać w części pierwszej. Pojawia się steampunk, gdzie panuje propaganda zdenerwowanej myszy, miejsca w których ściany pokryte są surowym mięsem i jakimiś jelitami, czy labirynt w ogrodzie gdzie atakują nas zombie-karty. Lądujemy również w krainie rysowanej klasycznym stylem chińskim – coś na wzór
Ōkami. Jest tam kilka poziomów w 2D, które przechodzi się jak klasyczną platformówkę. Bardzo fajnie prezentuje się fizyka włosów Alicji i widać to szczególnie w podwodnej krainie (gdy tam lądujemy i zanim trafimy pod wodę widzimy jak na niebie widnieje księżyc palący fajkę, a dym z niej to zorza polarna – ciekawy pomysł), gdzie włosy zachowują się naprawdę fajnie i nie widać że jest to jakaś kilkuwarstwowa „trawa”. Jest więc na co popatrzeć, ale niestety zabrakło równie charakterystycznej i „samodzielnej” muzyki na wzór tej z pierwszej części. W „dwójce” przeważa ambient, który dobrze spełnia swoją rolę w tle, ale nie wydaje mi się by nadawał się tak dobrze do słuchania poza grą. Wyjątkiem są sekwencje w Londynie, lub statystyczne przerywniki filmowe, kiedy to słuchamy ponurych melodii granych na skrzypcach. No i to co odróżnia kontynuację od pierwowzoru to duża ilość „znajdziek” - szukamy wspomnień, butelek i ukrytych miejsc, w których czekają na nas zagadki lub wyzwania. Jest więc co robić i ogólnie cieszę się że trafiłem na tę grę, bo nieco stęskniłem się za platformówkami. Zaimplementowano również możliwość picia pomniejszonego eliksiru - po naciśnięciu odpowiedniego przycisku Alicja się zmniejsza i w takim stanie potrafi dostrzec niewidoczne gołym okiem rzeczy, jak np platformy albo dziury w ścianach, które prowadzą do sekretnego pomieszczenia. Ciekawy pomysł i bardzo fajnie uatrakcyjnia rozgrywkę. Ostatecznie grę przeszedłem kilka razy i wbiłem platynę. Nie była jakaś trudna, gorzej jak nie mogłem dojść do tego gdzie została mi jakaś butelka do zebrania - lokacje sa wielkie, a butelki w żaden sposób w menu nie są opisane w przeciwieństwie do np. wspomnień. Gra bardzo mi się spodobała i gdyby nie to, że zabrakło jej szlifu, dopracowania wystawiłbym jej pełną ocenę. Niestety, w wersji na PS3 ciągle doświadczamy spadków animacji, poszarpanych krawędzi i ogólnie nieco brzydkiej grafiki. Postacie wyglądają jakby zostały ulepione z modeliny – ja wiem, że w wielu grach to widać, ale tutaj szczególnie mi to przeszkadza.
Był też
Batman: Arkham City. Widziałem
Batman: Arkham Knight w akcji i trochę zatęskniłem za podobną grą. Nie jest to tytuł o którym mógłbym się rozpisywać. Ot, jest Batman, lata, bije i ogólnie jest. Sama gra jest mocno dopieszczona, w zasadzie nic nie można jej zarzucić. To co mi się nie podobało to ten system walki z kontrami. Przez to wszystko sprowadza się do niezbyt sensownego klikania w "kwadrat" i w "trójkąt" co jakiś czas. Tak by było gdyby nad głowami przeciwników nie pojawiało się coś, co nas informuje o tym, że teraz tę kontrę trzeba wykonać. Ja jednak wolę sam sobie o tym decydować. Tu wszystko takie automatyczne. Choć przyznam szczerze, że próbowałem grać na poziomie trudnym i nie dałem rady. Koniec końców zmieniłem na normalny gdzie oswoiłem się z tym systemem. Myślę że teraz bym sobie poradził, ale po co skoro nie ma trofeum za poziom trudności. Co do samej fabuły... Nie znam komiksów, a ze scenariuszu gry niewiele zapamiętałem. Podobał mi się początek w więzieniu i kilka późniejszych fragmentów, ale nic konkretnego nie pamiętam. Jeśli już wybierałbym ulubioną postać to byłby nią Joker, ale ten znów miał w tej odsłonie jakąś mniejszą rolę niż w poprzedniku. Lepiej już Pingwina zapamiętałem. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Batman nie zabija. No ale przecież kolejne części muszą powstawać, a pomysły na postacie są ograniczone.
Call of Juarez® Gunslinger to o wiele lepsza gra niż przypuszczałem. Kiedyś grałem w pierwszą część na PC i również byłem pozytywnie zaskoczony, ale tutaj to trochę inna sytuacja, bo jednak Gunslinger to mniejszy projekt. Kiedyś grałem w wersję próbną i już wtedy mi się spodobało. Teraz dosiadłem się do pełnej wersji i muszę przyznać że w swoim rodzaju jest to gra niemal idealna. Bardzo przyjemnie się strzela, grafika wygląda naprawdę super (aczkolwiek mnogość szczegółów sprawia że jest czasem nieprzejrzyście) i do tego mamy świetną muzykę. Jednym z najmocniejszych punktów jest fabuła i sposób jej prowadzenia: łowca głów siedzi w saloonie i opowiada swoje historie. Słuchający nie zawsze mu wierzą, nieraz opowiadający się pomyli i wtedy w takim momencie świat gry dostosowuje się do zmiany wydarzeń - ot, np dom wyrasta nam przed oczami. Bardzo fajny pomysł jak i realizacja. Gra jest bardzo krótka, ale nie ma w tym nic dziwnego.
Później ukończyłem wspaniałe dzieło jakim jest
BioShock Infinite. Gra jest dobra, ale nie tak jak pierwsza część. Głównie dlatego, że mamy nieco biedniejszy gameplay. Albo raczej bardziej nastawiony na strzelanie, akcję. To już zależy co kto bardziej lubi. W "jedynce" ważniejsza była eksploracja, odkrywanie historii miejsc które zwiedzamy, czy poznawanie nowych, szalonych, zepsutych osobistości. Tutaj największe wrażenie robi podniebne miasto Columbia ze swoim nacjonalistycznym ustrojem. Spodobał mi się początek, gdzie najpierw lądujemy w tym mieście, a potem je zwiedzamy. jest spokojnie, sielankowo, ale dziwnie. Czuć unoszące się w powietrzu szaleństwo, ale nie objawia się ono tak bezpośrednio. Jeśli się przyjrzeć, można zauważyć że wśród mieszkańców panuje fanatyzm i choćby rasizm. Na ulicach widać w zasadzie tylko białych ludzi, a jeśli spotykamy czarnych to raczej w roli sług niż zwykłych, szczęśliwych mieszkańców cieszących się festynem. Jedynych czarnych jakich pamiętam w prologu określono "najbardziej gejowskim kwartetem w Columbii" na jednym z plakatów. Wszystko wygląda ładnie, jest słonecznie, kolorowo. Do czasu aż odmówimy rzucania piłkami bejsbolowymi (w celach rozrywkowych oczywiście) w jakichś dwóch (zdaje się) niewinnych ludzi stojących na scenie (jeden z nich to oczywiście człowiek czarnoskóry). Wtedy zaczyna się rzeź. Mieszkańcy uciekają do domów, a na ulice wybiega służba porządkowa Comstocka próbująca nas powstrzymać. Co ciekawe, możemy wybrać w kogo rzucimy piłką bejsbolową. Może to być albo mówca (ważna postać w fabule) albo wspomniana wcześniej parka. Ja wybrałem mówcę i wciąż jestem ciekaw co by się stało gdybym wybrał jednak parkę. Podejrzewam że niewiele by to zmieniło. Tak czy siak, od tamtej pory mamy właśnie dużo strzelania, zjeżdżania po specjalnych szynach i korzystania z Wigorów (nadające nam specjalne właściwości jak w pierwszej części). No i wszystko byłoby cudnie, gdyby nie to, że po jakimś czasie gra stała się monotonna i nieco się dłużyła. Szkoda, bo w Columbii po prostu chce się być, podobnie jak w Rapture. Architektura miasta zachwyca i co więcej lądujemy tutaj w momencie kiedy jest jeszcze dobrze, nie tak jak w "jedynce" kiedy naszym oczom ukazane jest miasto już po upadku. No i w Columbii jest naprawdę sporo ciekawych rzeczy, dlatego eksploracja wciąż jest przyjemna (ale już bardziej opcjonalna). Najbardziej spodobały mi się Kinetoscope'y, dzięki którym można obejrzeć nieme filmy propagandowe. Dzięki nim dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy nawet o samym Comstocku, czy podniebnym mieście do stworzenia którego się przyczynił. Szkoda tylko, że wciąż nie udało mi się uniknąć uczucia monotonii. Bardzo dobrze, że były momenty pozbawione wszelkiej akcji, a skupiające się na eksploracji czy opowiadaniu jakiejś historii. Może było ich zbyt mało, a może wina leży po mojej stronie, bo grałem zbyt intensywnie i się po prostu prze...grałem (główną grę ukończyłem w dwa posiedzenia). Mimo wszystko i tak byłem i jestem grą zachwycony. Mimo tych kilku zastrzeżeń zostałem niemal zahipnotyzowany przez wykreowany świat. Bardzo polubiłem Elizabeth mimo jej roli (bo ogólnie jest nieśmiertelna i podczas walk potrafi dostarczyć nam amunicji, czy apteczek) i autentycznie tęskniłem za dialogami jej i bohatera głównego, gdy nagle zostali na dłużej rozdzieleni. To jedna z tych gier w których łatwo przywiązać się do postaci, choć do kilku rzeczy znów mógłbym się przyczepić. Ale nic to, wciąż duet Booker i Elizabeth jest lepszy niż Ellie i Joel. W moim osobistym odczuciu
BioShock Infinite przegrywa z
BioShock właśnie przez to, że nie ma niczego takiego jak Big Daddy i tych wielu charakterystycznych elementów, które uczyniły pierwszą odsłonę arcydziełem wśród gier wideo. Cóż, nie można mieć wszystkiego, a jeśli Ken trzymałby się podobnego schematu, mógłby zostać posądzony o odtwórczość. Tak czy siak, obie gry TRZEBA poznać, do czego gorąco zachęcam.
Ukończyłem również oba epizody
Burial At Sea. Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś lepszego. Czegoś więcej niż zapchajdziury. Tutaj niestety odniosłem takie wrażenie, choć może nieco przesadzam. Oczywiście fajnie że mogłem jeszcze chwilę nacieszyć się scenopisarstwem i reżyserią Kena Levine'a, czy powrócić do ubóstwianego przeze mnie Rapture - tu znów możemy zobaczyć miasto w momencie kiedy nie jest w ruinie. Tylko co z tego, skoro przez cały czas grania miałem wrażenie, że mogłoby się obejść bez tego małego scenariusza? Choć nie da się ukryć że mimo sceptycznego nastawienia i tak mocno mnie te wydarzenia wciągnęły, a końcówka pierwszego epizodu sprawiła, że z miejsca odpaliłem część drugą. Na której niestety trochę się zawiodłem. Wcielamy się w niej w Elizabeth, dlatego nieco zmienia się charakter rozgrywki - z racji iż nie jest tak silną osobą jak Booker, musimy się skradać. Jednak tylko do czasu, bo później znajdujemy przecież amunicję i już w zasadzie można sobie swobodnie strzelać. Zostałem natomiast mocarnie oczarowany tym przesłodzonym Paryżem rodem z animacji Disneya. Coś przepięknego. Nie wiem czy nie mógłbym pokusić się o stwierdzenie, że spodobał mi się bardziej niż Columbia. Szkoda, że później było już tylko gorzej. Miałem albo zły nastrój, albo już dość tej gry, bo zdenerwowało mnie to całe skradanie, które jakoś mi totalnie do tej serii nie pasuje. Mimo wszystko i tak podobały mi się te dwa dodatki. Liczyłem że i trzeci dodatek jest fabularny, ale niestety
Clash in the Clouds pozwala jedynie zdobyć jak najlepszy wynik podczas starć w określonych miejscach podniebnego miasta. W sumie po nazwie dodatku tego się właśnie po cichu spodziewałem. Z drugiej strony może to i dobrze, że nie było kolejnego scenariusza bo znów bym grał mimo iż mam dość, a potem narzekał. No i w ramach małej ciekawostki: głos Rosalind Lutece (kolejna bardzo fajna postać) to również głos Naomi Hunter z
MGS 
. Nie od razu poznałem, ale cały czas miałem wrażenie że brzmi znajomo.
Z przyjemnością przeszedłem
Metro: Last Light znów spodziewając się czegoś gorszego i nieco obawiając się, że kolejna gra FPP to zbyt wiele. Na szczęście produkcja okazała się bardzo wciągająca i niezwykle klimatyczna. Aby wczuć się lepiej włączyłem sobie rosyjską wersję językową (angielska w zasadzie brzmiała kiepsko). Mogłem w sumie wybrać również najtrudniejszy poziom trudności, bo to w końcu gra opierająca się na walce o przetrwanie, ale potrzebowałem czegoś przyjemniejszego. A ponoć dopiero na poziomie Stalker (który trzeba dokupić) gra pokazuje pazur. Kilka rzeczy mi w tej grze przeszkadzało. Główny bohater, który mimo iż momentami był głupi i naiwny, był najlepszym Stalkerem w społeczeństwie. Po tych kilku akcjach gdzie się nabrał i odwalił śmierdzącą kaszanę nigdy by do domu nie wrócił, ale tutaj mu się to udało plus jeszcze powstrzymał całe zło i pogodził ze sobą dwa obce gatunki. No i bohater to ogólnie niemowa, chyba że wczytuje się gra to swoje zapiski z dziennika czyta na głos. Drugą rzeczą która mi przeszkadzała to bardzo łatwo dostępna amunicja. Gra wprowadziła mnie początkowo w błąd, bo zostało powiedziane mi że pocisków używać będę nie tylko do strzelania, ale również do handlowania. Jak się okazało są to specjalne pociski, które zadają silniejsze obrażenia. Za nie można również kupować nową broń i ulepszenia, bądź amunicję do nich. Stwierdziłem więc, że nie będę jej używać do strzelania i sobie przyoszczędzę. Okazało się, że pierwszą broń i ulepszenie w postaci lunety kupiłem dopiero na samym końcu gry i jeszcze pełno "złotej" amunicji mi zostało. Kilka razy męczyłem się z jakimiś mutantami i mogłem sobie wtedy z niej skorzystać, ale kto by przypuszczał? Więcej rzeczy natomiast mi się spodobało. Tak jak niesamowity klimat i design gry szczególnie po wyjściu na powierzchnię. Kilka razy gdy grałem późną nocą czułem lekkie zaniepokojenie. Jest taki moment w którym dostajemy coś w rodzaju drezyny. Następnie przemierzamy kolejne kilometry podziemia często mogąc jechać prosto albo zboczyć na chwilę w celu zwiedzenia nowych miejsc. Udało mi się zwiedzić dwa i to jeszcze się zląkłem przy tym. Przy trzecim jak usłyszałem jakieś złowrogie szelesty i pomruki szybko się cofnąłem i wróciłem do twierdzy. Kolejna rzecz jaka zrobiła na mnie wrażenie to dbałość o pewne szczegóły. Mowa choćby o tym, że maska gazowa jaką ubieramy może się zabrudzić czy pęknąć. Najbardziej jednak spodobało mi się to, że można ją przeczyścić dłonią. Uwielbiam takie szczegóły, bo mocno zwiększa to immersję. Co więcej, dzięki temu gra ładniej wygląda. A kunszt artystów pracujących nad grą widać niemal na każdym kroku. Niejednokrotnie po prostu stałem i podziwiałem widoki. Szkoda tylko, że całość jest tak prosta. Niby musimy się skradać, ale jak coś nie pyknie to bez problemu wybijemy 20 wrogich żołnierzy. I wybilibyśmy więcej. No ale nie ma co się pastwić bez sprawdzania najtrudniejszego poziomu. No i nieco żałuję że nie poczekałem do momentu w którym mógłbym zagrać w pierwszą część z zestawu
Metro Redux. Żałuję również że nie zapoznałem się najpierw z książką. Cóż, tak to bywa z niecierpliwością.
Ukończyłem świetnego
Rayman 3 HD. Brakowało mi podobnej platformówki. Dużo dobrego humoru (pijany Globox), magicznie i prześlicznie wyglądające lokacje, świetna muzyka i sporo skakania. No i oczywiście wszystko w trójwymiarze, nie jakimś indyczym 2D. Tęsknię za czasami kiedy ten gatunek był populary i bardzo fajnie grało mi się w (chyba) ostatniego dobrego Raymana. Wcześniej grałem w tę odsłonę na PC, ale nie doszedłem zbyt daleko. Gdy grałem na PS3 traciłem czasem cierpliwość. Głównie na bossach, dopóki nie znalazłem fajnego sposobu na pokonanie ich. Szkoda również, że remaster jest trochę spartaczony. Nieraz zdarzyła się gorsza płynność, czy jakaś pikseloza. Najgorsze były jednak scenki bez głosu. Te na silniku gry były w porządku, te renderowane miały jakiś problem. No i co do samej gry to nie podoba mi się sposób w jaki uzyskuje się 100% w poziomach. Wszystko zależy od ilości punktów jakie zdobędziemy, a to uzależnione jest od tego jak dobrze przedłużamy combo. Musimy więc zdobywać punkty z możliwie najmniejszymi odstępami czasowymi. Tyczy się to walki jak i zbierania. Wolałbym jednak zbierać jakieś lumy i klatki. W "dwójce" było to rozwiązane w ten sposób, podobnie jest choćby w
Spyro 2: Gateway to Glimmer, gdzie jeszcze mamy księgę w której zapisane są nasze postępy. Co ciekawe, za punkty zdobywane w
Rayman 3 HD odblokowują się mini gry. Póki co sprawdziłem tylko jedną i było to coś podobnego do pierwszej części, gdzie poruszamy się w dwóch wymiarach. Nie odblokowałem ich wszystkich i co więcej nie mam teraz ochoty aby kombinować ze znalezieniem sposobu na przejście tych poziomów na 100%. Kiedyś się za to wezmę, pewnie z jakimś poradnikiem, ale póki co mi się nie spieszy.
W końcu się zmusiłem i ukończyłem
Rayman® Origins w wersji na PS3. Nie za bardzo spodobała mi się ta gra. Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Możliwość grania w kooperacji, ładna stylistyka, sympatyczna muzyka i wystarczający poziom trudności. Później jednak zauważyłem że muzyki jest bardzo mało (przez co się powtarza), skakanie jest jakieś takie trochę automatyczne i po jakimś czasie znów lądujemy w tych samych światach, aby znów pokonać jakichś bossów. Nie lubię czegoś takiego. Dla mnie to chamskie przedłużanie gry. No i przede wszystkim nie podoba mi się to, że taka ważna seria została potraktowana jak jakaś mało ważna gra. Bo to o czym pisałem wyżej to wynik tego, że Rayman został po prostu zindyczony. Skoro robią restart serii to dlaczego nie będą to choćby te najbardziej nadające się lokacje z
Rayman, ale już w 3D? No bo nie, bo się nie sprzeda. Na koń z takim restartem. Kiedyś wezmę się za platynę, ale szczerze mówiąc samemu nie za bardzo chce mi się w to grać, będę więc grać z kimś, nie inaczej. Mam nadzieję, że
Rayman Legends jest lepszy (choćby ze względu na te muzyczne poziomy), bo jeśli znów mam się tak męczyć to raczej podziękuję.
Uff. Trochę tego było. Muszę pisać tutaj częściej

.