Shin Megami Tensei: Persona 3 FES - The Journey
Stało się. Po pół roku skończyłem zasadniczą część trzeciego tytułu serii Persona. Co prawda został mi jeszcze suplement w postaci The Answer, ale z tym się póki co wstrzymam, bo zanosi się naprawdę ciężka przeprawa przez niego. Natomiast co mogę powiedzieć o The Journey (które dla ułatwienia będę nazywać teraz po prostu Persona 3)? Że znalazłem Grę Idealną.
Czym jest właściwie Persona 3? Tytułem, który na nowo definiuje pojęcie jRPG zręcznie mieszając dungeon crawling z visual novel. No i po części z Simsami, ale to już subtelne podobieństwa. W grze jesteśmy nastolatkiem, który za dnia normalnie funkcjonuje - chodzi do szkoły, spotyka znajomych - by w nocy walczyć z tajemniczymi bestiami. Brzmi sztampowo i pewnie by tak było, gdyby nie mistrzowskie połączenie wszystkiego za pomocą fabuły.
Ta zaś przedstawia się następująco. Dzień nie ma 24 godzin. Ma 25. Tyle tylko, że o tej dodatkowej godzinie między 23:59 i 0:00 (nazywanej Dark Hour) niewiele osób wie. Uogólniając, tylko te osoby, które mogą przyzywać Persony lub zostają wybrane przez Shadowy na kolację. Oczywiście drugi wariant jest mniej przyjemny, ponieważ taka osoba zwykle musi zaakceptować swoją rolę i do "normalnego świata" wraca jako niezbyt ogarnięty zombie (choć dość niegroźny, bo mózgów nie jada). Ich nowe zachowanie oficjalnie jest uznawane za skutek działania nowej choroby - Apathy Syndrome. Nie wspominam nawet o tym, że przez ten czas w środku miasta wyrasta godziwych rozmiarów wieża zwana Tartarusem. W środek tego wszystkiego trafiamy my - sierota, siedemnastoletnie licealista, którego dopiero co przetransferowano do Gekkoukan High School. Już pierwszej nocy zaczynają dziać się dziwne rzeczy. W internacie jakiś chłopiec każe nam podpisać dziwny kontrakt, a jedna ze współlokatorek celuje do nas z pistoletu. Potem jest jeszcze dziwniej. Okazuje się, że drzemie w nas tajemnicza siła - Persona (już wspomniałem o tej nazwie, prawda?

), czyli potwór odzwierciedlający naszą psychikę. Z jej pomocą możemy walczyć z Shadowami, a siła Person zależy od naszych relacji z innymi osobami. Nie tylko my mamy taką moc - część z naszych kolegów także. Namawiają cię żeby przyłączyć się do walczącej z Shadowami organizacji SEES. Od tego momentu zaczyna się właściwa przygoda... Moment, wspomniałem już o Velvet Room i Igorze? Dobra, olać, jeszcze się pojawią.
Fabuła brzmi bardzo banalnie. Musicie mi wierzyć na słowo, że nie jest. Jest bardzo mroczna, trup ściele się gęsto, a głębi tam więcej niż w niejednej dobrej książce (że o przereklamowanym MGS2 nie wspomnę). Mimo to nie brakuje także scen humorystycznych. Generalnie historia i klimat przywodzoną mi na myśl Neon Genesis Evangelion i to na każdej możliwej płaszczyźnie. Odwrócone zostały jedynie proporcje między okultyzmem i technologią. Jeśli komuś siadło NGE, powinien polubić Personę 3. W drugą stronę to także działa. Spotykane postacie ZAWSZE mają coś sensownego do powiedzenia. Nieważne czy jest to członek drużyny, osoba, z którą możemy nawiązać Social Linka czy zwykły przechodzień na ulicy. Tutaj naprawdę KAŻDA postać ma swój wątek, więc nawet do zwykłego żula na ulicy warto regularnie zagadywać. Oczywiście, większy nacisk połączono na osoby, z którymi mamy nawiązane Social Linki. Te postacie są reprezentowane przez arkana tarota i im jesteśmy z daną postacią bardziej zażyli, tym silniejsze są Persony reprezentowane przez to arkana. Jednak to nie jest główny powód, dla którego warto nawiązywać znajomości. Bardziej istotne jest to, że historie tych postaci są zwykle ciekawe. Spotykamy m.in. biznesmena, który uczy nas o technikach marketingowych, jest dziewczyna poznana przez MMO, czy chłopak umierający na wrodzoną chorobę. Może to brzmieć trochę naiwnie, ale każdy z wątków ma jakieś głębsze przesłanie. Warto także pamiętać, że to postacie mogą się na nas obrazić. Z tego powodu lepiej nie olewać znajomych i nie zdradzać dziewczyn.
Graficznie... No jaki jest koń, to chyba każdy widzi. Cudów nie ma. W większości sytuacji gra to takie bardziej mangowe Simsy. Lepiej wypada to tylko podczas walk, gdzie oświetlenie (coś w stylu bardzo delikatnego cel shadingu) daje rewelacyjny efekt, a animacje są na wysokim poziomie. No i są animowane wstawki, choć nie ma ich dużo. Te robią piorunujący efekt, choć kreska jest nietypowa. W oczy rzuca się brak detali oraz zupełnie inny wygląd postaci niż na ich portretach. Na pewno nie dałbym rady obejrzeć całego anime zrobionego w ten sposób, ale tu działa. Generalnie, wszędzie jest prosto, ale estetycznie. No i to w zupełności wystarcza. Lepsza grafika dopiero w Personie 4.
Muzyka to inksza bajka. Shoji Meguro to geniusz. W soundtracku nic do siebie nie pasuje - jest jPOP, jROCK, jRAP, nastrojowe utwory instrumentalne... Nie wspominam już, że rotacja w granych utworach następuje 3 razy na 90h gry, więc jest monotonnie. To powinno chyba drażnić, prawda? No i właśnie tutaj pojawia się geniusz kompozytora. Gość sprawił cud, ponieważ tego wszystkiego nie dość, że da się słuchać, to jeszcze jest to całkiem przyjemne. No ale nie powiem, żeby chciał słuchać tego OSTa osobno. W takim wypadku raczej zostanę przy tradycyjnych kompozycjach Uematsu czy Shimomury. No ale Burn My Bread i tak ryje beret. Na pochwałę zasługuje natomiast angielskie VA, ale to warto usłyszeć samemu.
No i system. Czyli mozolny dungeon crawling i grinding. A wciąga.

Walczymy przede wszystkim w Tartarusie. Wieża ma ponad 200 pięter podzielonych na kilka segmentów. Czasem nawet zmienia się ich wystrój. Nie ma random encounterów, bo grupki potworów widzimy na mapie i sami atakujemy by zacząć walkę. Patent podobny do tego z FF13. A w samej walce znaczenie mają słabości przeciwników, ponieważ za wykorzystanie ich dostajemy darmowy ruch. Oni mogą zrobić to samo. Często tę samą walkę możemy tak wygrać, jak i przegrać w jednej turze. Gra nie toleruje błędów. Co kilka pięter jest boss, zwykle ciężki. Łatwiejsi są ci, z którymi walczymy podczas pełni księżyca. Kontrolujemy tylko głównego bohatera, pozostałym członkom drużyny wydajemy tylko ogólne polecenia jak "Oszczędzaj SP" czy "Lecz rannych". Nie jest to duży problem, ponieważ AI głupie nie jest. Może z wyjątkiem Mitsuru (Marin Karin...). Jest jeszcze Velvet Room. A tam długi nos Igora, łączenie Person, kompendium, Elizabeth i jej prośby. Mógłbym napisać o tym więcej, ale to akurat się dość szybko wyjaśnia.
Co mi się nie podobało? Oprócz grafiki, która jednak wymięka przy tej z czwórki (acz nie jest zła), to na pewno powierzchowność Social Linków - postaci są wyjątkowo bierne, nie ma interakcji między nimi, a tylko z nami, no i jest jakieś chore przekonanie, że jak spotykamy jakąś dziewczynę, to musimy z nią od razu chodzić. Na całe szczęście to ostatnie zostało poprawione w czwartej części. No i jako osoba osoba wierząca (więc pewnie niewielu oprócz mnie uzna to za problem) miałem problem z zaakceptowaniem podejścia do okultyzmu i wątków religijnych w grze. Lekcje o okultyźmie, gdzie jest on niemal gloryfikowany, "You welcomed Satan to your heart.", wygląd Takayi itp. Normalnie takie rzeczy mnie niezbyt ruszają, bo tego typu wątki są zwykle dość powierzchowne i jasne. Tu jest inaczej, są one zakorzenione dość głęboko i sprytnie wplecione w grę, więc mogą jednak komuś namieszać w głowie. Acz to i tak jeden z łagodniejszych tytułów w uniwersum SMT. Wiem, że pewnie dla większości to żadna wada, ale jednak u mnie powodowało to spory dyskomfort podczas gry.
Persona 3 to gra praktycznie idealna. Na pewno nie dla każdego ze względu na poziom trudności i dojrzałą fabułę. Jednak muszę jej nieco obniżyć ocenę. Minus jest za te wszystkie rzeczy, które poprawiono w czwórce. Jeden punkt za elementy okultyzmu. Jeżeli Grze Idealnej musiałem za to obniżyć ocenę o jeden stopień, to wiedzcie na ile mi to przeszkadzało. Teraz przyszedł czas na Personę 4, a potem The Answer. Mam nadzieję, że dodatkowy rozdział nie popsuje mojego zdania o podstawce.
Ocena:
9-/10
http://www.youtube.com/watch?v=HX6bvM62Jt0
Prezent. Niby spoiler, ale malutki. Można bezpiecznie oglądać. NGE, anyone?
