przez kALWa888 » Pn kwi 06, 15 18:16
A u mnie pękły ostatnio trzy tytuły. W pierwszej kolejności Legacy of Kain: Soul Reaver, którego przeszedłem po raz pierwszy. Było to moje pierwsze pełnoprawne spotkanie z serią. Wcześniej grałem trochę w Soul Reaver 2 i Blood Omen 2 na PC, ale żadnej nie ukończyłem. Chyba nie do końca jestem zadowolony że poszedłem za radą kolegi i najpierw ukończyłem przygody Raziela, bo byłem nieco zdezorientowany odnośnie Kaina i całego Nosgoth. Z drugiej strony może właśnie o to kumplowi chodziło. Nieważne.
Gra spodobała mi się bardzo. Ma wiele elementów o istnieniu których zapomniałem grając na PS3. Stęskniłem się za wymagającymi grami. Momentami trzeba ruszyć głową, wykazać się zręcznością no i przede wszystkim skupić się na tej grze. Podoba mi się otwarta struktura świata, fakt że nie ma widocznych loadingów. Kolejne lokacje otwierają się przed nami wraz ze zdobywaniem nowych umiejętności. Może to być przenikanie przez kraty, czy nawet pływanie. Nie ma jakichś niewidzialnych barier. Są po prostu miejsca niedostępne. Największym atutem tej gry jest klimat zniszczonego Nosgoth oraz postać Raziela. Design gry to mistrzostwo świata. Architektura poszczególnych lokacji, symbole na ścianach, kolorystyka - aż chciało się podziwiać. Wrażenie robiło przechodzenie z wymiaru spektralnego do materialnego, kiedy to ściany i inne elementy otoczenia zmieniały kształt - jednocześnie trzeba było wymiary zmieniać, aby móc poruszyć się do przodu. Nie mogę sobie przypomnieć, bym gdzie indziej spotkał się z czymś podobnym. Może DmC, ale w porównaniu do SR wypada słabo. Najbardziej w kość dały mi elementy platformowe. Taka katedra z rurami, gdzie bardzo łatwo było spaść, tym bardziej że protagonista wiecznie się na czymś blokował. Albo ta lokacja z wodą gdzie później przeskakujemy z belki na belkę. Jeśli spadniemy mamy przed sobą dobre 15 minut nadrabiania. Ale ten fragment akurat udało mi się zaliczyć za drugim podejściem, gorzej z katedrą, z którą męczyłem się dość długo.
Podoba mi się to, że walka z bossami nigdy nie polega na zwykłym zadawaniu obrażeń. Wygraną gwarantuje uważne rozglądanie się i badanie poszczególnych opcji. Może to być albo wystawienie oponenta na światło poprzez rozbijanie witraży, albo przełączenie dźwigni, która zrzuci na niego śmiertelne sklepienie. Sam system walki nie należy do najlepszych, już wolałbym coś podobnego do Medievil gdzie sami musieliśmy celować w przeciwników, bez przyjmowania jakiejś bojowej postawy. Jednak z przyzwyczajeniem się do tego wszystkiego wielkich problemów nie miałem, ot pograłem godzinkę i byłem obcykany. Wszystko stało sie jeszcze łatwiejsze wraz z nowymi mocami, które zdobyłem poprzez zwiedzanie dodatkowych lokacji. To też jest fajne - że poza fabułą możemy sobie gdzieś odbić i zwiedzić jakieś ciekawe miejsce. Uwielbiam to jak bohaterowie się wypowiadają. Te wszystkie kwestie dialogowe to niemal poezja. Dobrze że taki Dead Sun został skasowany (choć udostępnienie tych materiałów może być sprawdzaniem reakcji), bo byłaby podobna sytuacja jak z kaszaniastym DmC, który sprowadził serię do rynsztoku. Legacy of Kain niech pozostanie na swoim miejscu.
W następnej kolejności przeszedłem poprzednika. Blood Omen: Legacy of Kain sprawił mi wiele trudności. Aż się zacząłem zastanawiać czy to norma w tamtych czasach z takim poziomem trudności, czy może to jakiś wyjątkowo trudny tytuł. Na uznanie zasługuje przede wszystkim klimat i znów wypowiadane kwestie. Kain jako narrator brzmi naprawdę świetnie i dobrze się słucha jego cynicznych komentarzy oraz opisów poszczególnych lokacji. Trudno ocenić mi grafikę, bo w gier z 96 roku grałem mało. Wydaje mi się przeciętna. A skąd się brała trudność? Sam początek był łatwy, problem się pojawił w lochach przepełnionych pułapkami. Ze ścian wylatywały jakieś strzały, na podłożu były kolce i do tego jeszcze strzelający na odległość przeciwnicy. Na dodatek Kain chodzi. Nie biega, a chodzi. Można się do tego przyzwyczaić, ale chciałoby się bardziej żwawą postać. Trochę się to zmienia gdy przybierzemy postać wilkołaka, ale tu znów miałem problem z tym że wbiegałem na kolce, bo trudno mi było wyczuć "obszar" postaci. Kolejna trudność to fakt, że ciągle ubywa nam krwi i trzeba ją uzupełniać. Ogólnie nie jest to duży problem, ale jest jedna lokacja w której jej nie ma, a nawet istoty z której można by ją wypić. Sporo się wnerwiałem, ale ostatecznie był tylko jeden taki moment. Najwięcej problemów sprawiała mi więc eksploracja jakichś trudnych lochów. Na szczęście później zdobyłem moce typu magiczna ochrona, czy jakieś pociski. Zagadek w zasadzie nie było, chodziło raczej o odpowiednie wykorzystanie mocy (jak np. kontrola przeciwników w celu wciśnięcia przycisku). Na uznanie zasługuje jeszcze muzyka, która stoi na wysokim poziomie i świetnie buduje ponury klimat. Szkoda tylko, że gra ogólnie działa wolno. Grałem w cyfrową wersję z PS One, a mimo to wejście i wyjście z menu (w celu zmiany broni, co też robiło się często) zajmowało kilkanaście sekund. Ogólnie cieszę się że nadrobiłem te dwie gry i z niecierpliwością czekam na SR2 i Defiance, aby móc poznać dalsze wydarzenia. Jestem pełen podziwu dla Amy Henning, że tak fajnie wykorzystała treść Blood Omena, który miał być przecież jedną grą i stworzyła tak wielkie dzieło. Podsumowując, Soul Reaver oceniam 9/10, a takiego BO o pół oczka niżej.
Ostatnim tytułem jest Atelier Totori: The Adventurer of Arland na PS3. Miałem ochotę na jakiegoś jRPG, a Atelier Rorona wspominam miło, mimo tego ograniczenia czasowego. W kontynuacji miało być niby łagodniejsze, ale doszło do tego, że ukończyłem grę dwukrotnie, najpierw zdobywając złe zakończenie, a potem normalne. Całość zajęła mi 40 przyjemnych godzin. Sama fabuła gry to jakaś obyczajowa komedia po japońsku z elementami przygody. Ot, nieśmiała i głupiutka Totori nie radzi sobie w niczym poza alchemią i otwiera swoją pracownię. Jej celem jest odnalezienie matki, słynącej z awanturniczego stylu życia. Zostaje więc poszukiwaczką przygód i robi wszystko, by móc ją odnaleźć. Całość śledzi się całkiem przyjemnie, o ile kogoś nie drażni japońskość, moe (choć tego tutaj mało) i tym podobne. Temat przewodni tej gry to alchemia, wokół niej wszystko się kręci. Szukamy składników, receptur i tworzymy kolejne przedmioty, często potrzebne aby popchnąć fabułę do przodu. Każda czynność kosztuje ileś jednostek czasu i jeśli za dużo tych jednostek przeminie zanim zrobi coś co jest wymagane, zobaczymy ekran ze złym zakończeniem. Może brzmi strasznie i sam bardzo nie lubię podobnych ograniczeń, ale ostatecznie nie jest tak źle jeśli się wie co i jak. Biegamy więc po mapie, zbieramy składniki, walczymy z potworami i budujemy relacje ze znajomymi. Każdy z towarzyszy ma swoje zakończenie i żeby móc je zobaczyć, trzeba zbudować odpowiednie relacje oraz spełnić warunki, wywołać pewne wydarzenia. Relacje budujemy poprzez wspólne podróżowanie i wykonywanie ich zadań (wyprodukowanie potrzebnego im przedmiotu). Chciałem od razu wbić platynę za pierwszym przejściem i zrobić tak by obejrzeć od razu wszystkie możliwe zakończenia, ale nie dałem rady, zabrakło mi czasu na to, aby wbić odpowiedni poziom do walki z bossem. Po przejściu gry (nawet na złym zakończeniu) dostajemy zdobytą poprzednio kasę i ekwipunek, ale niestety wszystkie poziomy i relacje się resetują i trzeba od nowa wywoływać sytuacje i budować przyjaźnie. Czeka mnie więc kilkanaście osobnych przejść. Zrobię sobie to kiedyś, jak znów zatęsknię. Teraz mam bardziej ochotę na kolejną część niż tą. Szkoda że gra ma tak słabą grafikę i to ograniczenie czasowe, ale wciąga jak bagno. Przez kilka dni ledwo mogłem się oderwać. Chętnie poznam całą serię, która zaczęła sie już chyba nawet na PS One.

