Trochę się tutaj zgubiłem. Curtis, co takiego jest bez sensu teraz? Mówimy oczywiście o bardzo dziwnej serii i w tym kontekście pytam.
Dodam co sam myślę, bo dotychczas nie wypowiadałem się za bardzo. [edit: przepraszam za ścianę tekstu

].
SPOILERY
Po pierwsze, narracja bardzo mnie zawiodła. Nie tylko jej rozciągnięcie, długość, niedokończenie, ale też sens samej historii, którą pewnie powtórzę sobie po powrocie do poprzednich (nadal jestem w połowie MG2 w swojej powtórce). Zemsta wepchnięta jako motywacja dla wszystkich, bo oczywiście że tak, a finał o kilka klas gorszy i słabszy niż Kill Bill - który nigdy w specjalną głębię przesłania nie celował. Mam tu na myśli wątek Skull Face'a, bo resztę lepiej traktować jako post-finałowy wątek, poszerzony epilog. Słabe to wszystko.
I nie przeszkadza mi to w kochaniu tej gry.
Metal Gear to od "czwórki" skończona historia i dodawanie do niej niewiele już zmienia poza dodatkowym kontekstem. Moim zdaniem od tej strony najlepiej patrzeć na MGSV - jak na nadbudowę. To przede wszystkim okazja, żeby pobawić się w świecie Metal Geara z najlepszym jak dotąd gameplay'em (jeśli się nie zgadzasz to źle grasz

). To gra, w której możemy zobaczyć jak seria odwraca swoje dotychczasowe priorytety. Nowa formuła, coś świeżego, ale nie dodającego zbyt wiele do "mitologii" poza pomostem, uzupełnieniem. Przesłodki filler. Nie potrzebowałem więcej komplikacji w tej historii, tylko świetnej zabawy wcielając się w Big Bossa. Grając i wykonując te wszystkie misje opowiadam jego historię, tworzę jego legendę.
<kilka osób na sali wstaje i krzyczy, że Venom Snake to nie Big Boss>
No i ten twist. Pomijając jego przewidywalność, wywołał uśmiech na mojej twarzy i fantastyczne uczucie. Dokładnie w tym samym momencie, co u Venom Snake'a, kiedy Big Boss powiedział "From here on out, you're Big Boss". Uwielbiam ten meta-motyw. W ostatniej części, która zamyka koło, to gracz jest bohaterem. Wciela się w Big Bossa i współtworzy jego legendę. Co więcej, gra była tak długa, że zapomniałem o tych wszystkich hintach, przestałem myśleć o teoriach kim gramy i po prostu czułem się Big Bossem - tak jak Venom, którym zresztą jesteśmy. Kim jest Venom? Jest Big Bossem, ale jednocześnie kimś więcej - sobą. Mną. Nami. Jest tym, kim jesteśmy grając w MGS3, Peace Walkera i Portable Ops. Osobą wcielającą się w Big Bossa, która wierzy, że przez ten czas nim jest i posiada jego wspomnienia. Dwójmyślenie się kłania

Kocham ten pomysł i uważam go za idealnie dopasowany do ostatniej części sagi.
To teraz co mi się podoba w tym "dodatkowym kontekście". Nareszcie Zero jest przedstawiony jako osoba którą poznałem i polubiłem, a nie jakieś mroczne widmo, inkarnacja zła tego świata, w której od dawna nie ma człowieka. Wszystko jest jedną wielką tragedią międzyludzką. Dobrzy ludzie z żelazną wolą, którzy się nie potrafili porozumieć i potwory stworzone przez potworne okoliczności i potwornych, a może nieświadomych ludzi. Ciekawym motywem jest to, że od śmierci Skullface'a najwięcej w tworzeniu Patriotów i kreowaniu znanego z MGS4 świata miesza Sigint. Od razu przypomniała mi się rozmowa w Snake Eaterze, gdzie opowiada o przyszłości, w której epoka cyfrowa zatrze granice między ludźmi - świat się zjednoczy w internecie, w globalnym systemie informacji. Wszystko się całkiem ładnie układa, dużo lepiej niż w MGS4.
A to jak egzystencja Venoma miesza w kanonie? Nie wiem w czym problem, Big Boss od początku jest kreowany na ikonę wojny, legendę, a teraz się okazuje się, że potrzebował w tym pomocy. Naszej pomocy. Jesteśmy najbardziej zaufanym człowiekiem Big Bossa. To my jesteśmy brakującym ogniwem. Nie wiem jak można tego wątku nie kochać.
Jestem już jednak zmęczony MGSV. Mam jakieś 77% i nie mogę zdzierżyć, że Side-opsy odblokowują się pojedynczo, zamiast od razu zapełniać mapę, dając znacznie więcej do roboty i likwidując problem pustki, a przynajmniej od strony gameplay'u, bo na brak wiosek pełnych cywili nie zwróciłem nawet uwagi póki ktoś tego nie wypunktował . Pogrywam sobie co jakiś czas, kiedy mam ochotę przelecieć się do Afganistanu i poprawić stan swojej armii. Tylko dlaczego? To chyba pytanie o sens istnienia tej gry. Wydaje mi się, że wracam do niej, bo zajebiście jest być Big Bossem. Nawet jeśli wyświadczam mu tym przysługę. I to jest sens tej gry - może nie wnosi wiele do historii, ale pozwala jeszcze raz poczuć się Big Bossem, jednocześnie robiąc z nas samych bohatera gry.
Jestem też załamany, że gra nie była ukończona. Żyjemy w świecie, gdzie MGSV nie ma prawa istnieć, co jest dla mnie druzgoczące. Jednocześnie, grając, nie wierzę, że w ogóle takie cudo próbowano stworzyć. Kojimie udało się wreszcie postawić więcej niż 1 krok do przodu, ale dopiero teraz, kiedy ideał pojawił się na horyzoncie, kiedy zobaczyłem jak niemożliwie genialna ta gra naprawdę mogła być, kiedy wizja pojawiła się w zasięgu ręki.... ucięto ją.
Mimo to kocham tę grę. Za to czym jest i za to czym próbowała być. Szanuję Kojimę za to, że spróbował stworzyć ten ideał i salutuję nad jego grobem (ideału, nie Kojimy).
PS. Ale z Quiet to Kojima-san przegiął. Za to wyłamię się z tym, że scenę w deszczu uwielbiam i odebrałem ją (w większości) jako niewinną.